Początki.

Dodaj komentarz

post_003_po_bh_01

Od czego to wszystko się zaczęło?

Wszystko zaczęło się jakiś czas temu, choć mój umysł nie był jeszcze tego świadomy.

Żyjemy w co raz szybszym świecie, często czujemy się jak w pędzącym pociągu. Każdego dnia dociera do nas cała masa informacji. Każdy z nas ma do wykonania dziesiątki zadań związanych z domem, pracą, dziećmi, szkołą, studiami, zajęciami dodatkowymi, hobby, książką, filmem, wyjściem ze znajomymi, urodzinami, imieninami, rocznicami, rachunkami, płatnościami, wakacjami…

Cała masa spraw, o których trzeba pamiętać. Oczywiście o wszystkim nie da się pamiętać i często – gęsto zapominamy o tym czy tamtym.

Zamiast pamiętać, można to wszystko zapisać. Kiedyś, jeszcze przed erą komórek i komputerów, zapisywałem wszelkie zadania w papierowym, książkowym kalendarzu. Problem był tylko taki, że kalendarz nie przypominał o zadaniach. Odnalezienie konkretnego zadania też nie było łatwe. Niewykonane zadania trzeba było przepisywać… Długopisem… Masakra…

Jeszcze za czasów studenckich miałem kalendarz, w którym codziennie zapisywałem jedno, bardzo istotne zdanie. Napisałem ich ponad dwieście, i… I nie mam tego kalendarza. Szkoda.

Era komórek i komputerów

I zaczęło się. Pierwsza komórka, komputer. Wtedy swoje zadania zacząłem zapisywać w formie elektronicznej. Jednak znowu wszystko było rozproszone, zapisane w wielu miejscach: kalendarz Outlooka, pliki wordowskie, pliki excelowskie, poczta e-mail, różnego rodzaju elektroniczne notatniki. Nowa era, a problemy stare – brak przypomnień, konieczność przepisywania przeterminowanych zadań, a przede wszystkim trudno było wówczas nosić ze sobą komputer.

W końcu doszedłem do wniosku, że wszystkie informacje muszę mieć w jednym miejscu. I tym miejscem stał się kalendarz elektroniczny. Wszystkie informacje w jednym miejscu, wow. Ale… zawsze jest jakieś „ale”. Cała masa zadań na każdy dzień. Zadania związane z pracą, domem, finansami, itp. Wszystko tak jakoś w jednym worku. Sprawy ważne poprzeplatane sprawami mniej istotnymi. Pojedyncze, proste zadania poplątane z dużymi, złożonymi projektami. I znowu coś mi nie pasowało…

Pomoc naukowców

Jakoś nie potrafiłem tego wszystkiego zorganizować w jedną, spójną całość. Zacząłem szukać fachowej literatury dotyczącej zarządzania czasem, zarządzaniem projektami, organizacją pracy. Jednak mimo wielkiej różnorodności, trudno było mi znaleźć coś idealnego. Jedne pozycje były zbyt obszerne, inne zbyt ograniczone. Jedne za bardzo skomplikowane, inne za proste. Ciężko znaleźć książkę, która pokazałaby, jak zorganizować wszystkie swoje, osobiste (i nie tylko) obszary.

Ładny kawał czasu temu kolega polecił mi książkę Davida Allena „Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności”. Zaznaczył przy tym, że jest świetna, warta przeczytania i do zastosowania zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Co zrobiłem? Oczywiście od razu kupiłem książkę i… postawiłem ją na półce. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ładnie się prezentowała.

Na pewno znajdę czas, żeby ją przeczytać 🙂
Szukałem tego czasu dobry rok i w końcu zapomniałem o tej książce 😦

Aż tu któregoś pięknego, zimowego, mroźnego i białego od śniegu wieczoru (dokładnie takiego jak dzisiaj), szukałem w internecie książki o zarządzaniu czasem, zadaniami, projektami. W końcu natknąłem się na książkę Davida Allena. Mój umysł odszukał wszystkie informacje z nią związane, poprowadził mnie do regału z książkami i wcisnął w rękę mój własny egzemplarz. To był mój najszybszy zakup. Przed chwilą znalazłem książkę w internecie a chwilę później trzymałem ją w ręku!

Getting Things Done

Wziąłem książkę Getting Things Done do ręki. Przejrzałem spis treści, przekartkowałem i zacząłem czytać. Na pierwszy rzut oka książka wyglądała jak wiele innych. Ale równocześnie była zupełnie inna. Autor z wieloletnim doświadczeniem biznesowym, współpracujący z wielkimi koncernami opisuje swoją autorską technikę GTD. Zaczynam czytać stronę po stronie i mam takie dziwne wrażenie, że ona jest o mnie. Książka pokazuje moje problemy, książka opisuje moje obawy, książka prezentuje mój organizacyjny bałagan. Nigdy nie spotkałem Davida Allena, a czułem, jakby pisał o mnie!

Z każdego rozdziału można czerpać wiedzę jak ze studni bez dna. Każdy akapit jest jak kropla wody na pustyni. Każda informacja jest cenna i trafia w dziesiątkę. GTD działa w bardzo prosty i łatwy do zrozumienia sposób. Zasady te może wprowadzić w życie każdy, w każdej chwili i za pomocą powszechnie dostępnych narzędzi. Nie musisz wkuwać regułek, nie musisz pamiętać kilkunastopunktowego planu, nie musisz wysilać się, nie musisz marudzić jak dziecko – nigdy się tego nie nauczę. GTD jest inna, GTD uczysz się od razu.

Dwie minuty

Strona po stronie wspinałem się na Górę Produktywności. Zasady GTD są genialne i proste do zrozumienia (może już jest troszkę trudniej z konsekwencją ich stosowania). Wydawało mi się, że jestem u podnóża, aż w końcu dotarłem do strony, gdzie opisana została zasada „Dwóch minut”. To była petarda! To było jak teleportacja na szczyt!
To jest banalnie proste, nie trzeba się tego specjalnie uczyć!
To działa od razu, jest po prostu tak genialne, że warto poświęcić Dwóm Minutom oddzielnego posta.

Tymczasem, miłego dnia i do usłyszenia.
Krzysztof

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s